W DRODZE NA SZCZYT. RELACJA Z KAZBEK CHALLENGE BY KRISPOL

W DRODZE NA SZCZYT. RELACJA Z KAZBEK CHALLENGE BY KRISPOL

Nasz kolega z Działu Optymalizacji Produkcji – Paweł Posadzy podjął swoje osobiste wyzwanie i postanowił zdobyć Kazbek, który jest jednym z najwyższych szczytów Kaukazu (5033.8 m.n.p.m.). Serdecznie zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy.

Autor: Paweł Posadzy

Do Stepancmindy (czyli wioski pod górą) przyjechałem w poniedziałek 3 lipca marszrutką z dworca Tbilisi Didube. Marszrutka to nic innego jak stary, rozklekotany bus do którego kierowca wraz z „naganiaczem” upychają kogo i co tylko się da, aby zmaksymalizować zyski z przejazdu. Koszt – 10 lari, czyli ok. 15zł. 3 godziny podróży po górskich zawijasach, brak snu, dokuczliwy głód, ale w końcu około godziny 12 ląduje w Red Stone Guesthouse który zarezerwowałem jeszcze w Polsce. Zrzucam szpej i lecę zaspokoić głód. Stepancminda to małe miasteczko położone u stóp majestatycznego lodowca, w którym mieści się zaledwie kilka knajp, 2-3 sklepy, centrum informacji o górze (w której trzeba zgłosić chęć wejścia oraz można dostać aktualne warunki pogodowe) i w zasadzie tyle. Miejscowość robi również za tranzyt do Rosji (z racji położenia zaraz przy granicy). Do hotelu wracam ok. 14, po krótkiej drzemce, zaczynam przepak. Na szczęście dostałem duży pokój, co pozwoliło mi cały mój ekspedycyjny bagaż rozłożyć na podłodze i w spokoju zastanowić się, co brać na górę, a co zostawić na dole. Przepak zajął mi jakieś 2-3 godziny. Wyszedłem jeszcze przed snem pod kościół Tsminda Sameba, żeby zobaczyć, gdzie zaczyna się szlak i z czym przyjdzie mi się zmierzyć jutro od rana. Noc przespałem spokojnie, samemu w trzyosobowym pokoju. Rano, tuż po śniadaniu wyruszyłem w drogę.

_DSC0030

Stapancminda – miasteczko u podnóża lodowca

Niedługo przed wejściem na szlak prowadzący do celu, szedłem w pełnym słońcu i z dobrym nastawieniem. Niebo było czyste, a słupek rtęci wskazywał 35 stopni. Szedłem tak przez 5 godzin aż do pierwszej przeprawy przez rzekę na wysokości 2950 m.n.p.m. Tuż za nią spotkałem Paulinę i Adama, których poznałem jeszcze w samolocie do Gruzji. Swój obóz rozbili nieopodal rzeki i podobnie jak ja mieli w planach udać się następnego dnia na Meteo. Ucieszyłem się, że od tej pory będę miał towarzyszów w drodze na szczyt, szczególnie że 1300 m. przewyższenia dało mi się we znaki w postaci bólu głowy. Poza tym docierały do nas informacje, że dolny lodowiec jest w kiepskim stanie, szczeliny pootwierały się, a środkiem lodowca płynie rzeka.

8

9

Rozbiłem namiot, ugotowałem jedzenie, wyszedłem trochę wyżej, aby zrobić rekonesans trasy, z którą przyjdzie mi się zmierzyć następnego dnia i ok. 21 poszedłem spać. Na 7 rano zaplanowaliśmy wyjście na Meteo. O 1 w nocy ze snu wyrwała mnie gwałtowna burza. Miałem wrażenie, że tafla deszczu odcięła mnie od świata, a pioruny uderzały tuż obok namiotu, który w tamtej chwili był moją bezpieczną, ale i coraz bardziej mokrą, przystanią. Po nieprzespanej nocy, to adrenalina okazała się moją siłą napędową. Nad ranem złowrogi trzask piorunów uspokoił się. Postanowiłem zostawić przy rzece namiot przemoknięty do ostatniej suchej nitki. Pozostawiłem także inny zbędny balast i postanowiłem ruszyć w dalszą drogę z 25 kilogramowym obciążeniem. Paulina z Adamem postąpili podobnie i lżejsi o kilka kilogramów poszliśmy dalej. Bez większych problemów przeprawiliśmy się przez rzekę, która wróci do nas jeszcze w tej relacji.

Namiot KRISPOL

4

Zaczyna się lodowiec Gergeti. Baliśmy się, uprzedzeni relacjami poprzedników, że zastaniemy go w fatalnym stanie. Ku naszej radości okazało się, że nie było tak źle i przeprawa przez niego trwała dwie godziny. Przeskoczyliśmy parę szczelin, pokonaliśmy „lodowca-rzekę”, który bardziej przypominał strumyk i rozpoczęliśmy mordercze podejście pod Meteo. Jego trudność polegała na tym, że na bardzo krótkim odcinku było przewyższenie ponad 100 m. Około godziny 15 udało nam się dotrzeć pod Meteo.

Kupiliśmy miejsce w 10 osobowym „pokoju”. Krótka drzemka pozwoliła nam naładować wewnętrzne baterie przed czekającymi nas wyzwaniami. Według prognoz, już następnego dnia, pogoda miała się gwałtownie załamać, a my musieliśmy jeszcze przejść, obowiązkową na tej wysokości, aklimatyzację. To właśnie ta noc była naszą jedyną szansą na atak szczytowy.

Meteo

Meteo

W ramach aklimatyzacji wyszliśmy na wysokość 3900 m.n.p.m. (wg. GPS, według mapy 4000m n.p.m.) pod kapliczkę, z której było widać drugi lodowiec i plateau. Widok nie napawał optymizmem- dało się dostrzec kiepski stan lodowca, szczeliny pootwierane były na 40 m. Zeszliśmy na dół do Meteo, spakowaliśmy plecaki na akcję, nastawiliśmy budzik na 2 w nocy i poszliśmy spać.

Kapliczka

Dopadły mnie typowe objawy choroby wysokościowej, które udało mi się nieco załagodzić tabletkami. Zgodnie z planem wstaliśmy o 2 w nocy jednak okazało się, że załamanie pogody przyszło wcześniej. Burza śnieżna i silny wiatr rozwiały nasze nadzieje na przystąpienie do ataku szczytowego. Ta noc zawróciła z drogi na szczyt aż 4 grupy. Wciąż jeszcze liczyliśmy, że ranek przyniesie zwrot akcji i warunki pogodowe okażą się bardziej sprzyjające. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Obudziłem się o 7 rano i zobaczyłem jak wszyscy w ciszy pakują się i schodzą z meteo. Prognozy okazały się pesymistyczne- takie warunki miały się utrzymać aż do poniedziałku. Miałem zapasy tylko do soboty, więc stwierdziłem, że poczekam bo być może prognozy zawiodą i będę mógł przystąpić do ataku. Adam uświadomił mnie jednak, że moje plany nie mają sensu – będę przecież sam i nawet nie dowiąże się do nikogo na lodowcu.

Postanowiłem zejść z grupą, co okazało się dobrą decyzją bo dolny lodowiec po nocnej burzy był w fatalnym stanie. Kurtyna gęstej mgły ograniczała widoczność do 5 metrów. Z odsieczą przyszedł mój zegarek z nagranym dzień wcześniej śladem GPS, dzięki któremu udało nam się trafić na czoło i zejść z lodowca. Byliśmy zmuszeni schodzić z niego w rakach i w dodatku w towarzystwie ulewnego deszczu i silnego wiatru.

Mgła

W tej części opowieści znów pojawia się rzeka, której rolę już wcześniej podkreślałem. Noc ulewnego deszczu sprawiła, że jej stan diametralnie się zmienił. Przeprawialiśmy się przez nią ponad godzinę. Pomogliśmy grupie dziesięcioosobowej grupie Serbów, którzy we mgle całkowicie stracili orientację i nie wiedzieli, w którą stronę iść. Warunki pogodowe stawały się coraz gorsze. Schodziliśmy mozolnie i metodycznie, zwijając po drodze namioty. Do Stepancmindy – małego miasteczka u stóp lodowca-  doszliśmy w nocy.

Tak zakończyła się moja pierwsza przygoda z Kazbekiem. Wiem jednak, że nie ostatnia. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mógł dopisać do tej historii inne zakończenie. Jeszcze nikt nie wygrał pojedynku z potężną naturą. W starciu z żywiołami wciąż pozostajemy niezwyciężeni.

5

Dziękuję wszystkim Koleżankom i Kolegom z zespołu KRISPOL za wsparcie. Było mi niezmiernie miło reprezentować barwy KRISPOL ACTIVE TEAM.